I wtedy wchodzę ja, cały na biało

marat_2

(zdjęcie ze strony Teatru Narodowego, autor: Bartłomiej Sowa)

Marat/Sade to świetny tekst, sam pomysł, żeby podstawić społeczeństwu lustro w postaci spektaklu granego przez pensjonariuszy domu wariatów jest znakomity i dziwnym nie jest, że sztuka Petera Weissa stała się klasyką dramatu współczesnego.

Ze sceny padają wzniosłe deklamacje, rozważania, czym jest wolność, kim jestem ‘ja’ (jeden z powracających refrenów warszawskiego spektaklu “ja? kto? o kim jest mowa, kiedy mówię ‘ja’?”), co to w ogóle jest ‘rewolucja’ i jak się do niej zabierać. Te wielkie słowa wykrzykują nam w twarz ludzie psychicznie chorzy. I w spektaklu Kleczewskiej ci ludzie są naprawdę chorzy, aktorzy fenomenalnie grają różne zaburzenia psychiczne, sceny opowiadanej historii zabójstwa Marata rozpadają się z powodu nie radzenia sobie ‘aktorów’ z rzeczywistością, nie tylko sceniczną.

Ale – są w tym przedstawieniu momenty, w których tłum na scenie nie jest bandą chorych, lecz precyzyjnie funkcjonującą maszynerią, manipulowanym przez charyzmatycznych przywódców tłumem, który wymyka się  spod kontroli, bo raz uruchomiona machina społeczna może okazać się trudna do zatrzymania. O tym jest sztuka Weissa, i o tym jest spektakl Kleczewskiej, nowoczesny i wyrachowany w formie, a jednak bardzo wierny przesłaniu pierwotnego tekstu.

Warszawski Marat/Sade rozpada się na pojedyńcze, precyzyjnie skomponowane sceny.
Uwertura – kilka długich minut, w kórych pianista po prostu gra na fortepianie, i gra tak, jak skonstruowany jest ten spektakl: krótkie utwory, jasne i proste z początku nabrzmiewają kakofonią dźwięków, rozpadają się, kończą coraz głośniejszym, wszechogarniającym chaosem.
Takie są też sceny spektaklu: zaplanowane, plastycznie wyrafinowane, z czasem rozpadające się w chaos i krzyk.
Po tym koncercie na scenę wychodzi Danuta Stenka – w kwiecistej czerwonej sukience, na szpilkach, w postarzającej ją długiej siwej peruce, niepewna w ruchach, na pierwszy rzut oka zagubiona staruszka. W jej oczach jednak płonie ogień, zgorzkniały głos i drżenie gestów to pozory. Wygłasza wiersz? odezwę? i znów niepewnie schodzi ze sceny. Taka będzie rola de Sade’a w tym spektaklu – a raczej ‘pacjentki, która miała grać pana de Sade, ale nie gra’ (tak opisana jest ta postać w programie) – indywidualistka, która nie uczestniczy w grze pozostałych pacjentów. Stenka pojawia się w tym spektaklu tylko trzy razy: teraz, potem w długim monologu pośrodku, i w finale, by podtrzymać padającego Marata. To jest spektakl bez markiza de Sade. A raczej – z markizem przyglądającym się z boku, niewidocznym i samotnym.
Trzecia część uwertury – to chór precyzyjnie skadujący okrzyki tłumu skierowane do Marata – przywódcy, idealisty, anty-mesjasza. Głosy chórzystów świdrują w uszach, podawane przemiennym rytmem, to koncert muzyki współczesnej, dźwięki zgrzytają, walczą ze sobą, bolą.
I dopiero teraz na scenie pojawia się dyrektor domu dla psychicznie chorych i wygłasza swój wstęp o terapii przez teatr, dopiero wtedy precyzyjni chórzyści rozpadają się na chaotyczną gromadę przypadków chorobowych, zebraną w sterylnej, zimnej przestrzeni zbudowanej z lustrzanych ścian i bezosobowych przykręconych do ścian fotelików jak z poczekalni dworcowej. Samotna wanna to jedyna potrzebna dekoracja.

Sceny wizyt Corday u Marata to studium przypadków chorobowych i tego, jak pacjenci próbują wpisać sie w formę teatralną i jak im to nie wychodzi. Czapki z głów przed aktorstwem całego zespołu, są niezwykle przekonujący w swej bezradności scenicznej, w atakach choroby, w histerii i zagubieniu. Cały zespół dostał zresztą aktorską nagrodę miesięcznika Teatr za ten spektakl. I słusznie, zasłużyli.

Ale poza tymi scenami pojawiają się inne wizje: grupowy balet, w którym aktorzy dostają do pary dmuchane lalki z sexshopu, ubrane w stroje takie same jak cały zespół (błękitne sukienki dla pań, garnitury dla panów). Aktorzy odgrywają powolny taniec ze swoimi ‘partnerami’, zachwycają się nimi, podrzucają w górę jak w chwili wielkiego szczęścia, całują się z nimi, rozbierają, odgrywają sceny erotyczne, które po dłużej chwili zmieniają się w agresję, walkę, morderstwo. To długa etiuda na temat złudzeń, precyzyjnie wyreżyserowana sekwencja jak z teatru tańca, na długo zapada w pamięć.

Kolejna wizja: intymna rozmowa Corday z Duperretem, rozpoczęta w ślubnej sukni i ganiturze, wśród sztucznych kwiatów na podłodze (kolejne skojarzenia z Piną Bausch), ale odbywana przy świadku. I kiedy młodzi rozbierają się, skrepowani i niepewni, także ich świadek, trzymający welon, zmuszony zostaje do obnażenia swego ciała. Nagość wyzwala w nich jednak strach, krzyk, jedyną możliwą reakcją jest ucieczka w histerię.

Następna wizja: kobieta w wielkiej barokowej czarnej sukni na stelażu, z gigantyczną żółtą peruką, śpiewnie recytuje fragmenty z erotycznych pism de Sade’a, opisy orgii i dominacji.

No i jest jeszcze Marat. Początkowo zagubiony, niepewny swej roli, im bliżej finału tym bardziej rozpalony wyniszczającą ideologią, niczym romantyczni bohaterowie wygłasza wzniosłe monologi, wywrzaskuje zbrodnicze idee, których nie będzie w stanie udźwignąć. Po jego przemówieniu tłum pacjentów zmienia się w precyzyjną maszynę do skandowania i zabijania, ustawieni w szeregi aktorzy recytują bezmyślnie fragmenty tekstu, imitując gesty walki. Monotonna choreografia wymachiwania pięściami, marszu i kopniaków zmienia ich w oddział robotów. To skandowanie i bojowa gimnastyka trwa długo, na tyle długo aby można się było przerazić bezmyślnością, pustką i mechanicznym powtarzaniem. Przerwie je dopiero upadek nieprzytomnego Marata – wyznaczający koniec przedstawienia.

To dobry spektakl, choć niewygodny i uwiera w percepcję. Kleczewska umie panować nad formą, aktorzy znakomicie wpisali się w jej wizję, całość robi mocne wrażenie. Tak sobie myślę, że o takim własnie teatrze marzył Witkacy pisząc swój tekst o czystej formie.
W tym spektaklu to forma decyduje o wszystkim, a i treści, które ma przenieść bliskie byłyby Witkacemu i jego strachowi przed bezmyślnością i uniformizacją społeczeństw.
Trudny teatr dla wymagających i obeznanych.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s