Teatr prawie że magiczny

“Wilk Stepowy” Hermana Hesse to książka mojej młodości durnej i chmurnej. Książka o buncie przeciwko życiu w ulizanym, mieszczańskim społeczeństwie, zarazem cudownie obnażająca takiego buntu niedojrzałość i bezcelowość. Świetnie napisana, wizyjna, dająca bardzo fajny materiał teatralny. Twórcy przedstawienia w Dramatycznym część tego potencjału wydobyli w inteligetny sposób, ale daleko temu spektaklowi do doskonałości.

Zaczyna się ciekawie – akcję przeniesiono do wnętrza samolotu, to tutaj rozgrywać się będzie teatr magiczny tylko dla obłąkanych, tutaj Harry pozna Herminę, zakocha się w niej i będzie próbował ją zabić. Twórcy spektaklu piszą w programie, że przestrzeń za nieprzekraczalną żółtą linią na lotnisku jest dla nich symbolem życia w zawieszeniu, oderwania od realiów, podróży w której wszystko się może zdarzyć. “Wilk” ma być taką podróżą w głąb siebie. Na scenie cztery postacie. Harry – wymięty nieudacznik, chwiejący się na nogach i nieskładnie wykrzykujący swój ból, ale całkiem sympatyczny w tej bezradności. Jest jeszcze polski aktor z ambicjami, który leci do USA, powtarzając angielskie słówka – on wcieli się w Goethego, Mozarta i inne persony z magicznego teatru. Herman/Hermiona – reżyser uchwycił się płciowej niejednoznaczności tej postaci i rozbił ją na dwoje stewardów, oboje są w mundurkach, oboje androgyniczni i niepokojący – bardzo fajny pomysł, kupiłam go od razu.
Ta czwórka odgrywa sceny z teatru magicznego i pierwsze spotkanie Harry’ego z Herminą – ta ostatnia wypowiada swoje kwestie beznamiętnym głosem jak automatyczne sekretarki w dużych korporacjach, albo lektorzy wyczytujący nazwy przystanków – to trafny zabieg, wprowadzający dystans i podkreślający sztuczność i dziwaczność całej sytuacji.
W czasie pierwszej części przedstawienia widownia wielokrotnie reaguje śmiechem – demaskacja aspiracji i buntu “wilka”, wtłoczenie go w sformalizowane lotniskowe rytuały, wreszcie znakomicie rozegrane sceny z Goethem i Mozartem – to błyskotliwy, zabawny, zaskakujący teatr podszyty całkiem poważnymi tezami. Po pierwszej części byłam naprawdę zadowolona z wieczoru.

Niestety potem przyszła część druga, rozpoczęta monologiem kapitana samolotu/dyrektora magicznego teatru o brutalności życia w amerykańskim więzieniu w czasie wojny w Iraku (tekst wyjęto ze studium psychologicznego autorstwa Zimbardo). W tle na ekranach wielokrotnie powtarzane ującia z 11 września, dymiące i walące się WTC – jak dla mnie całkowicie niepotrzebny łopatologiczny komentarz, ciągnący w dół całą inscenizację. Druga część ogólnie nie trzyma się kupy, wygląda, jakby sceny miały być ustawione, lecz rozpadały się albo ciągneły za długo. Siada tempo, siada dynamika, siada klarowność formy.

W finale Harry w końcu bierze na siebie jakąś odpowiedzialność, i cierpi, tak jak tego pragnął (co symbolizować ma nagie ciało wirujące w głębi sceny na maszynerii do trenowania pilotów, kojarzące się z ukrzyżowaniem, czy schematem anatomicznym Leonarda da Vinci). Jednak dramtyczna w założeniu scena ciągnie się i nuży.

W ramach lotniskowo-samolotowej scenografi-metafory między sceną a widownią na podłodze naklejona jest żółta linia. “Stay behind the yellow line”. No i niestety, niedopracowana druga część sprawiła, że pozostałam za żółtą linią i nie weszłam w wewnętrzny świat bohaterów przedstawienia. Pozostałam obojętna. Szkoda.

One thought on “Teatr prawie że magiczny

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s