Z samych siebie się śmiejecie

Zanim wybrałam się na “w imię Jakuba S.” naczytałam się mnóstwo o spektaklach Strzępki i Demirskiego, znałam ich słynny wywiad, zatem spodziewałam się teatru skeczowego, głośno mówiącego o niewygodnych kwestiach społecznych, zbuntowanego i zaangażowanego. Nie spodziewałam się jednak świetnego poczucia humoru, doskonałego aktorstwa i tego, że taki rodzaj teatru naprawdę może mi się spodobać. Ale spodobał się, i to bardzo.

Na scenie zwalony słup wysokiego napięcia, po lewej od niego stos zdezelowanych biurowych krzeseł w paskudnym zielonkawym kolorze, po prawej kanapa i rozgrzebane łóżko, pochyło ustawione drzwi do łazienki, na środku prosty stół. Wszystko to przysypane warstwą sztucznego śniegu. Śnieg prószy też chwilami z góry. Zimno, biednie, prowizorycznie, obrzydliwie.

Chaotyczne sceny przeplatają się, aktorzy (wszyscy znakomici!) na przemian odtwarzają role Jakuba Szeli, jego rodziny, arystokracji atakowanej przez zbuntowane chłopstwo albo pijanego, nieokrzesanego ojca, pary młodych ludzi na dorobku, urzędników bankowych, szefów, pracowników korporacji. Przy czym każde z tych wcieleń potrafi powrócić kilkukrotnie w ciągu sceny, nie wiadomo do końca do którego z nich należą wygłaszane poglądy i racje. Brzmi to dziwacznie, ale takie zderzenie światów znakomicie się sprawdza na scenie, z chaosu skeczowych (często zabawnych, czasem lirycznych) scen wyłania się bowiem bardzo spójna wizja rzeczywistości – naszej, przaśnej, polskiej, którą sami sobie tworzymy i od której rozpaczliwie próbujemy uciec.

O czym to wszystko jest? W skrócie: o wstydzie związanym z chłopskimi korzeniami współczesnej klasy średniej; o jej rozczarowaniu; o buncie przeciw konsumpcji i zniewoleniu, przeciw uzależnieniu od nudnej posady w korporacji (odrabianej w pocie czoła pańszczyzny) i od kredytu mieszkaniowego, którego spłacanie definiować ma całe życie zaciągających go ludzi; o bezowocnych (?) próbach zmiany systemu, który niewoli i przytłacza. Szela próbował krwawego buntu w imię społecznej sprawiedliwości – i skutkiem jego działań zniesiono pańszczyznę w Galicji. Ale młodzi bohaterowie spektaklu w ramach swojego buntu potrafią jedynie wydać pieniądze na wykwintne żarcie, a potem polecieć do Egiptu tylko po to, by tam na plaży popełnić samobójstwo (które także się nie udaje).

Wszystko to podane jest w formie groteskowych, pokręconych scen, językiem kalekim, lecz żywym, genialnie łączącym potoczne odzywki i pretensjonalne próby mówienia językiem wysokim przez prostych ludzi. Musze przyznać, że jestem pod wrażeniem tego, w jaki sposób ten znakomicie napisany tekst jest podawany ze sceny, jak zgrabnie ten pozorny chaos jest wyreżyserowany i wtłoczony w spójną, niosącą znaczenia konstrukcję. I choć wnioski płynące z wizji Strzępki i Demirskiego są gorzkie, to jedno jest pewne: to jest znakomicie zrobiony teatr. Teatr, który bawi, zachwyca, wbija ostre szpile i zmusza do myślenia. Chcę więcej.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s