Z samych siebie się śmiejecie

Zanim wybrałam się na “w imię Jakuba S.” naczytałam się mnóstwo o spektaklach Strzępki i Demirskiego, znałam ich słynny wywiad, zatem spodziewałam się teatru skeczowego, głośno mówiącego o niewygodnych kwestiach społecznych, zbuntowanego i zaangażowanego. Nie spodziewałam się jednak świetnego poczucia humoru, doskonałego aktorstwa i tego, że taki rodzaj teatru naprawdę może mi się spodobać. Ale spodobał się, i to bardzo.

Na scenie zwalony słup wysokiego napięcia, po lewej od niego stos zdezelowanych biurowych krzeseł w paskudnym zielonkawym kolorze, po prawej kanapa i rozgrzebane łóżko, pochyło ustawione drzwi do łazienki, na środku prosty stół. Wszystko to przysypane warstwą sztucznego śniegu. Śnieg prószy też chwilami z góry. Zimno, biednie, prowizorycznie, obrzydliwie.

Chaotyczne sceny przeplatają się, aktorzy (wszyscy znakomici!) na przemian odtwarzają role Jakuba Szeli, jego rodziny, arystokracji atakowanej przez zbuntowane chłopstwo albo pijanego, nieokrzesanego ojca, pary młodych ludzi na dorobku, urzędników bankowych, szefów, pracowników korporacji. Przy czym każde z tych wcieleń potrafi powrócić kilkukrotnie w ciągu sceny, nie wiadomo do końca do którego z nich należą wygłaszane poglądy i racje. Brzmi to dziwacznie, ale takie zderzenie światów znakomicie się sprawdza na scenie, z chaosu skeczowych (często zabawnych, czasem lirycznych) scen wyłania się bowiem bardzo spójna wizja rzeczywistości – naszej, przaśnej, polskiej, którą sami sobie tworzymy i od której rozpaczliwie próbujemy uciec.

O czym to wszystko jest? W skrócie: o wstydzie związanym z chłopskimi korzeniami współczesnej klasy średniej; o jej rozczarowaniu; o buncie przeciw konsumpcji i zniewoleniu, przeciw uzależnieniu od nudnej posady w korporacji (odrabianej w pocie czoła pańszczyzny) i od kredytu mieszkaniowego, którego spłacanie definiować ma całe życie zaciągających go ludzi; o bezowocnych (?) próbach zmiany systemu, który niewoli i przytłacza. Szela próbował krwawego buntu w imię społecznej sprawiedliwości – i skutkiem jego działań zniesiono pańszczyznę w Galicji. Ale młodzi bohaterowie spektaklu w ramach swojego buntu potrafią jedynie wydać pieniądze na wykwintne żarcie, a potem polecieć do Egiptu tylko po to, by tam na plaży popełnić samobójstwo (które także się nie udaje).

Wszystko to podane jest w formie groteskowych, pokręconych scen, językiem kalekim, lecz żywym, genialnie łączącym potoczne odzywki i pretensjonalne próby mówienia językiem wysokim przez prostych ludzi. Musze przyznać, że jestem pod wrażeniem tego, w jaki sposób ten znakomicie napisany tekst jest podawany ze sceny, jak zgrabnie ten pozorny chaos jest wyreżyserowany i wtłoczony w spójną, niosącą znaczenia konstrukcję. I choć wnioski płynące z wizji Strzępki i Demirskiego są gorzkie, to jedno jest pewne: to jest znakomicie zrobiony teatr. Teatr, który bawi, zachwyca, wbija ostre szpile i zmusza do myślenia. Chcę więcej.

Słodziutki transwestyta z transseksualnej Transylwanii


Rocky Horror Show w Och-teatrze ma wszystko to, co fajny musical mieć powinien: pełne energii tańce, wpadające w ucho refreny piosenek (tak, polskie tłumaczenie daje radę, da się po polsku podśpiewywać), bajeczne stroje, fajne pomysły inscenizacyjne, dobrze śpiewających aktorów. A co najważniejsze – to jest prawdziwy Rocky – campowy, obciachowy, bezpruderyjny, unurzany w motywach z filmów klasy B, C, a nawet Z, Ż czy Ź. Jedyny zarzut jaki mam, to realizacja dźwięku – było trochę za głośno na piosenkach, a za cicho na dialogach.
Jest niestety problem z uczestnictwem publiczności, my – przebrani jak na załączonym obrazku – stanowiliśmy samotną barwną grupkę wśród szacownych konsumentów kultury przez duże K. Dawała się wyczuć konsternacja częsci widowni tym, co się dzieje na scenie – chociaż były też piski i oklaski w odpowiednich miejscach. Jeśli ktoś chciał, to dał radę nauczyć się przed spektaklem przynajmniej refrenów najważniejszych piosenek – na stronie fanowskiej na fejsie były podawane polskie teksty i opis choreografii do Time Warp – więc można było przyjść przygotowanym i śpiewać i machać rękami – co też czyniliśmy.
Dodatkowe smaczki to elementy scenografii: samochód Brada i Janet wyglądający jak kabriolet zrobiony ze starego żuka czy maszyna do ożywiania Rocky’ego zbudowana z roweru, korby, przewodów i staroświeckiej lodówki. Świetne są też fantomy – czyli tancerze drugiego planu, w tandetnych strojach jakby przeniesionych z polskiej estrady z lat 80 – i ich taneczno-ekspresyjne komentarze do przebiegu fabuły (np. Brad i Janet śpiewają miłosne wyznania, fantomy demonstrują, że zbiera im się na wymioty).
Rocky w Och-teatrze pokazuje, że da się prostymi środkami zrobić bardzo fajny musical. A najważniejsze, że twórcy nie przestraszyli się obyczajowych tabu, i nie zrobili spektaklu dla widzów oczekujących od teatru powagi i wysokiej sztuki. To spektakl dla fanów campu, obciachu, tandety – jedyne koturny, które się tam pojawiają, to te, które nosi na nogach Frank’N’Furter.
Mam przeczucie, że warszawski Rocky dorobi się grupy fanów, i że na kolejnych spektaklach będzie pojawiało się coraz więcej widzów wtajemniczonych i odpowiednio reagujących. Mam zamiar przekonać się o tym za jakiś czas, przy okazji sprawdzania, jak sobie radzi na scenie druga wersja obsady.

Śmierć w dyskotece

Nie jestem wielką znawczynią ani fanką oper, ale bardzo podoba mi się to, co z operami robi Mariusz Treliński. Jego uwspółcześnienia nie są tylko zmianą kostiumu i sztafażu, one tworzą klimat, są związane z muzyką i treścią dramatyczną utworu. A do tego – są po prostu estetycznie piękne. Udało mi się wreszcie zobaczyć Traviatę i nie ukrywam, znowu dałam się oczarować. Jak zwykle w takich razach spłodziła mi się impresja opisująca dość dokładnie przebieg spektaklu – jak ktoś chce się wybrać i zobaczyć na własne oczy, niech lepiej przeczyta tylko końcowy akapit. Ale że o bilety niełatwo, a graja rzadko – może ten mój eleborat da Wam pojęcie, co tracicie.

Prolog – dyskotekowa lustrzana kula rzuca rozbiegane błyski na całą przestrzeń teatru, sprawia, że postacie na scenie są niewyraźne, ukryte w śnieżnej zadymce. Pary wirują w tańcu dookoła niewyraźnego kształtu na postumencie. Dopiero gdy kula i półprzeźroczysta kurtyna się uniosą można rozpoznać co to za kształt: biała elegancka trumna – błyszcząca kryształami swarowskiego, stylizowana rewiowo – ale jednak trumna. Po chwili wieko otwiera się i jak wapirzyca w klasycznych firmach grozy podnosi sie z niej Violetta w srebrzystej sukni – wskrzeszona w ten slapstikowy, ograny sposób by opowiedzieć ponownie historię swojej wielkiej miłości i śmierci. Oczywiste? Banalne? Być może, ale czyż ta historia nie jest taka od chwili jej napisania? A jednak tłumy widzów niezmiennie walą do teatru by ją obejrzeć.

Pierwszy akt dzieje się w nocnym klubie, dyskotekowa kula wiruje nad fioletowymi kanapami, lustrzaną podłogą, podświetlonymi schodami i podestem, na którym prężą swe ciała kabaretowe girlsy. Jesteśmy w czymś na kształt współczesnego Moulin Rouge (zresztą i film o tym tytule oparty był na tej samej fabule). Jest modernistycznie, czarno i lustrzanie, imprezowicze noszą wykwintne stroje od współczesnych projektantów mody. Baron-protektor Violetty wystylizowany jest tak, że wygląda jak Karl Lagerfeld.

Całe to wnętrze zamknięte jest w ruchomym pudełku, które porusza się w poprzek sceny, sunie, odsłaniając to kulisy z rusztowaniami po lewej stronie, to wąski hotelowy korytarz i apartement Violetty po prawej. Wszystkie te wnętrza są realistyczne, urządzone w nowoczesnym, lecz bardzo luksusowym stylu – jednak ich umieszczenie w amfiladzie i niemal nieustatnne przemieszczanie się bierze w teatralny nawias wszystko, co się tu wydarzy.

Violetta w gorsecie i wdzianku z piór kryguje się, bryluje, oczarowuje. Atak kaszlu i słabości ukrywa w sterylnej, pustej, o wiele za dużej łazience. Ona chce rządzić tym światem, lecz nie panuje nad nim. Potrafi oczarować mężczyzn, lecz zdaje się zmęczona ukrywaniem własnej choroby i jej konsekwencji. Jej decyzja, by uciec z tych ruchomych pomieszczeń-klatek nie dziwi zupełnie. Aleksandra Kurzak jako Violetta używa swego głosu perfekcyjnie, budując dramatyczne napięcia i liryczne fragmenty arii, i dając całej tej banalnej wtłoczonej w sztuczne ramy historii rys prawdziwego tragizmu – wyśpiewane przez nią emocje nie mieszczą się w jakichkolwiek klatkach sztafażu i sztampy.

Drugi akt – kwadratowy basen oświetlony ciepłym słońcem, plecione fotele, kije do golfa, eksluzywne szlafroki i cieme okulary od Dolce Gabbana. Oto sceneria szczęścia Violetty i Alfreda. Gdy pojawia się jego ojciec żądający ofiary, zerwania tego związku z kobietą o parszywej reputacji – nie zmienia się nic, poza światłem, które staje się niebiesko-zimne, i głosem Violetty,coraz bardziej przejmującym i pięknym.

Akt trzeci – powrót do klatek nocnego klubu i apartamentu, Violetta w ogromnej, błyczącej sukni odgrywa byka na korridzie – tancerze-torreadorzy wbijają swoje włócznie w materiał jej sukni, przyszpilając ją do podestu, więżąc na zawsze w sztampie, burleskowej rutynie, sztucznym widowisku. Albert przybywa i rzuca jej w twarz pieniądze, za które go utrzymywała – a jednocześnie przygniata ją do ziemi, i gwałci, na oczach wszystkich gości nocnego klubu – ale i to jest widowisko. Gilsy przykryją Violettę białymi wachlarzami z piór jak anielskimi skrzydłami, tancerze wskażą znajomy kształt na podwyższeniu – biała, lśniąca trumna, oświetlona rewiowymi reflektorami, kusząca jak na reklamowym klipie. Gapie szybko odchodzą, zostaje tylko złamana, upokorzona Violetta, chora i porzucona na wielkim błyszczącym, czarnym parkiecie, pod wirującą lustrzaną kulą.

Zakończenie – buduar Violetty rozrasta się na całą scenę, już nie jest małą klatką, jest całym światem. Lekarz, służąca i wspomnienia – to wszystko co jej pozostało. I głos, którym można wyrazić niewyrażalne. Powrót kochanka, jego bliskość –
nie wiadomo czy to prawda, czy tylko majaczenia umierajacej. Na koniec pozostanie jeszcze lustrzana kula wirująca nad głową i aria urwana w pół oddechu.

Treliński opowiada nam historię diwy i śmiertelnie chorej kurtyzany jak historię spalającej się gwiazdy rocka – w programie są nawiązania do przedwczesnej śmierci Marilyn Monroe i Kurta Cobaina. Główną bohaterką jest dla niego nie sama Violetta, ale śmierć: tym bliższa i oczywista im bardziej chcemy się spalić w rozrywkach i używkach (w końcu miłość jest jedną z nich). Buduje spektakl z cytatów z rewii, filmów grozy, kiczowatych romansów i musicali, zachowując jednak umiar i szlachetność koncepcji plastycznej. Jak zwykle jest to wszystko chłodne, klarowne, subtelnie skonstruowane. Ale obsadzona w głównej roli Alaksandra Kurzak psuje mu trochę szyki – jej głos i emocje, które wywołuje, jej znakomite aktorstwo i charyzma sprawiają, że banalna historia, której sztampowość chciał podkreślić reżyser, staje się naprawdę wzruszająca i osobista. Ale właśnie dlatego kochamy wszystkie te przedwcześnie zgasłe gwiazdy – ich emocje i charyzma były zbyt silne, byśmy mogli o nich zapomnieć. Pod tym względem Violetta Trelińskiego rzeczywiście jest jak Marilyn – piękna, niezapomniana i martwa.

Tron

Z pierwszego Trona pamiętam niewiele – przede wszystkim podekscytowanie mojego ojca tym, że to pierwsza animacja wygenerowana komputerowo. A to co pamiętam z samego filmu jest głównie wizualne: światłocykle, grid pocięty prostymi liniami, wirująca kolumna światła.

Z nowego Trona też zostaną mi w pamięci głównie obrazy, ale za to dzięki 3D w imaksie to są obrazy wszechogarniające, przy tym gigantycznym ekranie człowiek czuje że siedzi w środku filmu i to jest niesamowite. To samo wrażenie miałam zresztą na Avatarze – głęboka imersja w świat przedstawiony i nieskrępowany zachwyt tym uczuciem i światem, który mnie otacza. Zachwyt i radość z zanurzenia powróciły w Tronie, choć świat przedstawiony zupełnie inny, ale chyba nawet bardziej zachwycający niż obłędna kolorystyka i krajobrazy Pandory. Tron jest wysmakowany estetycznie, piękny dzięki szlachetnej prostocie designu i twórczej konsekwencji. Czerń, biel, srebro i pomarańcz – nie trzeba więcej barw. Do tego obrazy, które pozostaną w głowie na długo: Początkowa podróż kamery przez cyfrowe miasto, które przeistacza się w świat realny, zakończona niesamowitym lotem nad wodą. Skórzano-kewlarowe kombinezony w świetliste proste wzory. Gigantyczne pojazdy w kształcie bram czy łuków triumfalnych unoszące się wysoko nad czarnym pustkowiem. Białe i czarne makijaże programów imprezujących w klubie w świetlistej kapsule na szczycie ogromnej wieży. Szklący się pociąg zaprojektowany z eleganckich krzywych i przemieszczający się po świetlistym promieniu. Chłodna elegancja wnętrza pustelni Kevina Flynna.

Wszystko zanurzone w precyzyjnej, pulsującej muzyce Daft Punk, doskonale dopasowanej do tego co widać na ekranie. Ten film wywołuje czysty estetyczny zachwyt, opowiedziana historia nie ma dla mnie znaczenia, wystarczy piękno obrazu, gra białych i pomarańczowych świateł na czerni, dynamika zmieniających sie scen, tętniący elektroniczny rytm. Jeśli mierzyć wartość filmu przyjemnością wyniesioną z oglądania – daję 10 punktów na 10. I nie bardzo chce mi się przykładać inne miary. Zostańmy przy tej.

PS. Dwie dodatkowe epizodyczne radości: Cillian Murphy zrobiony na stuprocentowego nerda i Michael Sheen jako cyniczny, przegięty trickster i showman. Mlask.

Your own, personal Tekken

Zupełnym przypadkiem udało mi się obejrzeć w gronie znajomych Scott Pilgrim vs the World. Z intenetsów docierało do mnie, że fajny film na podstawie komiksu, ale nie wiedziałam, jakiego typu komiks, spodziewałam się czegoś w stylu 300 czy Sin City, a tu proszę, niespodzianka, i to jaka miła. Bo styl komiksu inny, poniekąd superbohaterski, ale odświeżająco różny od komiksowych superprodukcji, które się ostatnio wyroiły.

Scott Pilgrim to sympatyczny, choć ciapowaty dwudziestolatek, który znienacka spotyka miłosć swojego życia. Nieporadnie próbuje się z nią umówić, a kiedy mu się udaje – okazuje się, że będzie musiał pokonać jej siedmiu złych ex, w walce wręcz w stylu pojedynków z Tekkena czy Street Fightera. Cały urok filmu polega na tym, że mamy całkiem realistyczne zwyczajne życie nastolatków w Toronto, z ich problemami typu zawód miłosny czy pierwszy koncert własnego garażowego zespołu, ale ten realizm przełamany jest cytatami żywcem z gier na automaty typu arcade czy ich późniejszych wersji na konsole. Zatem mamy widowiskowe walki z kopaniem, skakaniem, kombosami, piruetami i odpowiednimi efektami dzwiękowymi i świetlnymi. Mamy kiczowate serduszka w scenach miłosnych, dodatkowe życia dla bohaterów i dopałki +3 do mocy. Innymi słowy – codzienne życie przepuszczone przez magiel skojarzeń i cytatów z gierek, z drapieżną garażową muzą, sympatycznymi bohaterami, świetnymi dialogami i całą masą smaczków dla koneserów gier i filmów klasy B czy C.

Ogólnie film lekki, łatwy i przyjemny, ale i z całkiem niegłupim morałem: żeby sobie sensownie ułożyc życie człowiek musi skopać tyłki demonom z przeszłości, kompleksom i dojść do ładu ze swoim mrocznym alter ego. Seria efektownych pojedynków w Tekkena jako metafora dojrzewania i brania odpowiedzialności za swoje życie we własne ręce – ja to kupuję. A poza tym – chcę takie piękne, różowe włosy!

W słowach ślad

Jeremi Przybora i Agnieszka Osiecka. Ich piosenki znam na pamięć (ktoś nie zna?). Wtem! Okazuje się, że w latach sześćdziesiątych byli ze sobą (słowa “mieli romans” nie przeszły mi przez klawiaturę, nie pasują tu jakoś). On odszedł od żony i na jakiś czas zamieszkali razem, a w zasadzie prawie razem – bo ona nie potrafiła usiedzieć i ciągle mu wyjeżdżała. Więc pisali listy. I to jak Pisali.
Te listy to z jednej strony cudowna przygoda literacka – pełne dowcipów, słownych gier, wzajemnych parodii, oryginalnych zdrobnień i szalonych pomysłów. Z drugiej – mimo całej kreacji, ktorą oboje uprawiają, nawet w prywatnej zdawałoby się korespondencji, wyłażą na wierzch lęki, niedojrzałości, nieumiejętność komunikacji.
I to jest porażające. Dwoje mistrzów słowa, którzy nie potrafią się dogadać. Przybora czaruje słowami, uwodzi i próbuje omotać, ale jednak wciąż niepewny jest (chyba po raz pierwszy w życiu) swojego donżuaństwa. Osiecka – ucieka przed całkowitym zawłaszczeniem, nie potrafi się otworzyć, jakby bała się jego oddania, jego prób usidlenia, sama ze sobą nie potrafi dojść do ładu – więc kłamie, obiecuje, a potem ucieka jeszcze dalej.
Do listów dołączone są piosenki, które oboje napisali w tym okresie – i piosenki te więcej mówią o tym, co się w nich kotłowało, niż listy. Bo te listy są piekne, emocjonalnie intensywne, ale jednak każde z nich chowa się w słowa i nie odkrywa tego, co jest istotą tej relacji. Co jakiś czas tylko spoza tych słów wyziera ich lęk, żal, niedojrzałość.
A potem nagle listy robią się coraz bardziej zdawkowe, przyziemne i urywają się. Rozstanie nie zostało uwiecznione – albo listy z tego okresu zostały przez nich zniszczone.
Mimo wszystko to i tak jedna z najciekawszych miłosnych historii, jaką czytałam. A do tego – jak smakowicie spisana!

Hamlet under CCTV

Jako fanka Doktora i teatrolog zakręcony na punkcie Szekspira nie mogłam odpuścić Hamleta z Royal Shakespeare Company z Tennantem w roli tytułowej. Nie żałuję, to dobry spektakl. Jak to w produkcjach RSC – nie ma prawie żadnych ingerencji w tekst (poza dość zaskakującym skreśleniem finału i wkroczenia wojsk Fortynbrasa – którego imię przewija się przecież w sztuce cały czas), jest za to świetne aktorstwo i szlachetna prostota inscenizacji.

Dwór w Elsynorze jest tu współczesną monarchią, Klaudiusz chodzi w eleganckim garniturze, Gertruda w garsonce lub wieczorowych sukniach o współczesnym kroju, Ofelia w scenach domowych nosi spodnie i luźną kwiecistą bluzkę. Szaleństwo Hamleta objawia się między innymi tym, że zmienia oficjalny smoking na czerwony, porozciągany t-shirt i zaczyna po dworskich komnatach biegać boso. To dość oczywiste – aby rozwalić machinę tłamszących dworskich konwencji trzeba wyłamać się – a najprościej zrobić to rezygnując z reguł dotyczących stroju.

Ale nie tylko obyczajowo-konfekcyjne konwenanse tłamszą dwór duński – są tu wszechobecne kamery CCTV, to z nich podglądamy strażników na warcie, salę tronową, krużganek, gdzie Hamlet spotyka Ofelię. Co jakiś czas ujęcie z kamery przypomina nam – ściany mają oczy. I uszy. W scenie obmyślania pułapki teatralnej Hamlet wyrywa kamerę ze ściany i niszczy ją, żeby w spokoju zaplanować podstęp. Potem rozbitą kamerę znajduje Klaudiusz i przygląda się jej z dezaprobatą.

Wszechobecne kamery szpiegują przecież dla niego: króla-uzurpatora, mordercy brata, sprawnego polityka, który nie cofnie sie przed niczym. Klaudiusz Patricka Stewarta jest znakomitym dyplomatą, który doskonale wie, jakie guziki naciskać w otaczających go ludziach, by wypełniali jego wolę. Jest czarujący, uśmiechnięty, uprzejmy i szykowny, a zarazem potrafi trzymać wszystkich dokoła w żelaznym uścisku. Wydaje się być znakomitym władcą – tacy politycy przecież odnoszą sukces – a on jest człowiekiem sukcesu. Nawet w scenie modlitwy i okazywania skruchy za dokonany mord – zdaje się tylko powierzchownie i na pokaz kajać, wręcz z ulgą przyjmuje, że “My words fly up, my thoughts remain below: Words without thoughts never to heaven go”. On nie potrzebuje religii, jego przyziemne myśli są jasne i precyzyjne: Hamlet stanowi zagrożenie, trzeba się go dyskretnie i dyplomatycznie pozbyć. Klaudiusz zdaje się być na tronie Danii właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, i w moich oczach znacznie przewyższa jako władca swego zamordowanego poprzednika i brata (też zresztą granego przez Patricka Stewarta). Duch starego Hamleta wydaje się staroświecki, skostniały w tradycjach, sentymentalny – podczas gdy Klaudiusz to nowoczesny władca. Cóż z tego, że tyran – ale jaki skuteczny!

Hamlet zaś w tym spektaklu jest przetrąconym idealistą, który nie bardzo potrafi znaleźć sposób na wyrażenie swego buntu. Bardziej przypomina ojca niż stryja i dopiero stopniowo dorasta do tego by być godnym przeciwnikiem wyrachowanego intryganta. Więcej w nim smutku niż szaleństwa, jego błazeństwa i żarty przytłumione są rezygnacją. A gdy sam wreszcie zaczyna być bezwzględnym graczem (wysyłając Rosenkrantza i Guildensterna na smierć), nie umie jak król otrząsnąć się z wyrzutów sumienia. Tennant buduje tę postać w wielkim skupieniu, nie pozwala sobie na łatwe “doktoropodobne” wyskoki. Jest przejmujący.

Cały ten spektakl to wielki pojedynek tych dwóch: bezwzględnego, skutecznego władcy dysponującego całą machiną terroru i zbuntowanego, zgorzkniałego młodzieńca, który próbuje ten terror obalić – sprytem i udawaniem mniej szkodliwego niż jest w istocie. To walka z góry skazana na przegraną – jak pokazuje scena, w której Hamlet schwytany po śmierci Poloniusza jest przesłuchiwany przez króla – złapany przez komadosów, wtłoczony w krzesło i przywiązany do niego czarną taśmą klejącą Hamlet ma tylko swoje kpiny przeciw karabinom i pięściom, a na koniec wstrzykują mu środek usypiający i odsyłają do Anglii – na pewną śmierć. Ale Hamlet ma odwagę wymknąć się z opresji, powraca, by skonfrontować tyrana z jego zbrodnią. Co, oczywiście jest równoznaczne z samobójstwem, i Hamlet Tennanta jest tego doskonale świadomy.

Zastanawia mnie skreślenie finału z Fortynbrasem przejmującym władzę w Danii – aż prosiłoby się przecież, aby w tej inscenizacji po śmierci głównych graczy: postępowego polityka Klaudiusza i szlachetnego, lecz słabego Hamleta władzę przejął następca (który, jak z wszelkich przesłanek możemy wnosić, jest zwolennikiem skutecznej i bewzględnej szkoły uprawiania polityki na wzór Klaudiusza). Gdyby przyszedł taki Fortynbras, mielibyśmy jasną puentę – cała walka Hamleta odbyła się nadaremnie. Twórcy spektaklu kończą go jednak w momencie śmierci obu: króla i księcia, pozostawiając tron nieobsadzony, a widza bez puenty. Hm, a może takie właśnie zakończenie jest ciekawsze?

Jestem pod wrażeniem. Dobrze zrobiony kawałek klasyki.